się żegnam…

Wdrapuję się na okoliczne szczyty rowerem oraz pieszo obiecując sobie za każdym razem, że gdy tylko zdobędę upatrzony szczyt położę się na trawie/ławce/dziebądź i  będę kontemplować. Tudzież wspominać. Zwyczajnie potrwam w bezruchu.

Trwanie nie udało mi się do tej pory gdyż ledwo się wdrapię na górę już mię coś gna z powrotem. Albowiem mam wadę konstrukcyjną. Znaczy nie umiem trwać w bezruchu. Ani chwili. Nie mam pojęcia jaka jest geneza mego nieustannego mielenia powietrza za pomocą własnego organizmu ale tak mam i jakakolwiek próba statyki spełza na niczym. Dlatego właśnie są mi niedostępne niektóre formy spędzenia czasu. Na przykład leżenie na plaży celem uzyskania nikomu niepotrzebnej bronzatury, co czyni aktualnie znakomita większość kraju. Bywają dni (np. ostanie dwa tygodnie), kiedy mam nieodparte wrażenie, że jestem jedyną w okolicy jednostką pracującą. Reszta naraża się na promieniowanie na tutejszej plaży. Nie, żebym złośliwie ale…

Nie dla mnie są nasiadówki celem obgadania co, kto i z kim, oraz czy będą z tego dzieci gdyż nie potrafię rozmawiać statycznie. Nie gestykuluję co prawda ale niewiele to zmienia. Czy rozmawiam spionizowana, czy też na siedząco nie jestem w stanie trwać w miejscu.

Jednak ja w sumie nie o tym. Niestety wtręty to moja specjalność w której osiągnęłam mistrzostwo i chociaż się staram z całych sił, często zdarza się, że zaczynam mówić o czymś by w sekund pięć popłynąć wtrętem jednym, drugim, fafnastym (bo wiadomo, że wtręty rozchodzą się lawinowo i we wszystkich kierunkach) i zakończyć zupełnie czymś innym nad wyraz odległym od wątku początkowego.

Ale jak wspomniałam ja nie o tym.

Się chciałam pożegnać.

Z miejscem, z ludźmi i ….wogle.

Nie no, zaraz zaraz… jeżeli ktoś pomyślał, że żegnam się z blogiem to jest w mylnym błędzie.

Zmieniam miejsce zamieszkania po prostu. Się przeprowadzam.

A kto się przeprowadzał chociaż raz, ten wie, że przeprowadzka jest jak wojna. Najpierw obracamy wszystko w perzynę, później organizujemy wywózkę gruzu by na koniec z tego gruzu powstał nowy ład.

Równocześnie owa wojna jest mym wytłumaczeniem. I milczenia, i braku czasu, i fafnastu innych negatywnych okoliczności skutkujących brakiem mnie tutaj i na zaprzyjaźnionych blogach.

Czuję się więc usprawiedliwiona.

Zastanawiam się natomiast czy jest tutaj, gdzie jeszcze mieszkam coś/ktoś, czego będzie mi brakowało w nowym miejscu?

Jest otóż!

To moja przyszywana babcia, cudna kobieta, wielkiej dobroci człowiek, która na wieść o mojej przeprowadzce powiedziała

- wiesz, że cię kocham jak własną wnuczkę i dlatego nie życzę ci szczęścia i takich tam. Abbi il corragio*! Rozumiesz?

Zrozumiałam.

 

* wprost znaczy- miej odwagę! ale niedokładnie o to babci chodziło dlatego napisałam w oryginale. Jednocześnie wierzę, że zrozumiecie to intuicyjnie po prostu biorąc pod uwagę mój wiek i wszystkie konsekwencje związane z przesadzaniem i takimi tam.

 

Aaaaaaa… jest jeszcze jedna rzecz, której będzie mi brakować.

Wielki krzew nespoli, którego owocami się obżeram (aktualnie już się kończą) bo są pyszne. Owo obżeranie się ma skutek uboczny gdyż z pozostałych po owocach pestek zrobię nespolino. Dla niewtajemniczonych powiem, że to pyszna nalewka w smaku przypominająca trochę amaretto.

Mój Facet twierdzi, że popadniemy w alkoholizm bo z 400gram pestek wychodzą dwa litry nalewki, a ja mam przygotowane już 1,5 kilo i to jeszcze nie koniec.