ot tak sobie…

Nie wszyscy może wią, więc gwoli informacji.

Mieszkam w obecnym kraju od fafnastu lat i spoko. Mimo długiego stażu przebywania za granicą, nadal posługuję się płynnie językiem ojczystym, no może z lekkim tutejszym zaśpiewem ale już tak mam, że mój organizm jak gąbka, chłonie koloryty gwary wszelakiej i zasysa ku uciesze słuchających. Aleeeee…

Gdy przybywam na ojczystym memłonie dłużej, zgodnie z w/w teorią zasysania, ów zaśpiew pomału zanika.

Dzieci natomiast zwróciły mi uwagę na coś innego, co mnie zmartwiło nieco. Otóż, zdarza mi się wtrącać do rodzimego języka tutejsze słowa. I, żeby nie było, czynię to nieświadomie, uważam, że to żenada, fstyt jak beret  i od momentu uświadomienia mi zjawiska, się pilnuję. Nie wiem czy mi się udaje.

Znam też takich (również osobiście o zgrozo) co to po miesięcznym pobycie za granicą zapominają języka wyssanego z mlekiem matki, którym posługiwali się od gaworzenia. Ale to ich brocha, ich wstyd.

Trochę inaczej jest z moim Facetem, który  od pieluch mieszka tutaj. Dopóki nie dopadł go dopust boży w postaci mła, z językiem ojczystym miał do czynienia nad wyraz sporadycznie, co było słychać gdy się poznaliśmy. Zrazu mnie bawiło gdy mylił języki ale z czasem zaczęło irytować gdyż patriotyzm się we mnie odezwał i zaczął wylewać wszystkimi porami. Poczułam misję!

I natentychmiast jęłam ją wypełniać. Dźwigałam dzielnie ten kaganek oświaty, uginałam się pod brzemieniem odpowiedzialności i takie tam. Z rezultatów jestem zadowolona tak sobie ale się nie poddaję i orzę na ugorze (się mi zrymowało niechcący) bo uwielbiam nasz język i uważam, że jest najpiękniejszy na świecie.

A życie mi kłody pod nogi rzuca co rusz…

Wracaliśmy autem do domu. Okazało się, że w tym samym momencie, pozostali mieszkańcy okolicy, wliczając pobliski kurort, zapragnęli odwiedzić naszą wieś oraz zabrali ze sobą rodziny, a każdy członek wspomnianych rodzin odwiedzał własnym samochodem.

Ciągnęliśmy się więc w korku wykazując nieskończoną cierpliwość co nie przeszkadzało nam kląć w żywe kamienie i „dobrze” życzyć każdemu, włącznie z księdzem proboszczem miłościwie nam panującym. W pewnym momencie jeden z kierowców znacka przekroczył granice własnej tolerancji. Mimo zakazu, zawrócił niemalże w miejscu, tuż przed maską nadjeżdżającego z przeciwka pojazdu i z piskiem opon zniknął w tzw. sinej dali.

Mojego Faceta tak zatchnęło bezczelne lekceważenie przepisów oraz prawa innych do bezpieczeństwa na drodze, że poczerwieniał. Tkwił w stuporze przez kilka sekund po czym zamruczał z dezaprobatą

- noszszsz  guarda! Wybrał bel posto per nawracare!

- ale, że co?

Okazało się, że o ile mieszankę słów jestem w stanie przyswoić o tyle słowotwórstwa zlepkowego już nie bardzo. Zwyczajnie potrzebowałam czasu, żeby dotarł do mnie sens. Co nie zmienia faktu, że „nawracare” weszło na trwałe do naszego słownika jako określenie tego, czego nie powinno się robić dla dobra własnego i innych. Oraz rozpychania się łokciami i posiadania w poważaniu.